Nie, jednak dziękuję...

19.05.2008 @ 14:45
,

Patronem dzisiejszej notki będzie Bos grunniens, zwany potocznie jakiem - stworzenie do bólu miłe, sympatyczne i uczynne.

Jak zwany mądrze Bos grunniens

Pragnę, zapewne ku radości niektórych osób, oświadczyć, iż moje błogosławieństwo dla akcji Free Tibet wygasa z dniem dzisiejszym. Uważni fani sidebara na moim blogu niewątpliwie już zauważyli, że tajemnicze logo Free Tibet o kolorze szkarłatnej hipokryzji zostało zastąpione jeszcze bardziej tajemniczym A (też szkarłat, ale szczery!) i tak już pozostanie.

Powód zmiany zdania jest prosty - pomyślałem. A konkretnie to najpierw uderzyło mnie, z pędem godnym 11-tonowego TIRa o szybkości 114 km/h (fizycy, doceńcie prawidłowość określeń!), że zachowałem się konformistycznie i ogólnie fuj w stosunku do tej akcji. Przyznaję się - poparłem ją, zanim ją przemyślałem. Ale teraz jestem sprytniejszy.

Nie żebym nie popierał niepodległościowych dążeń Tybetańczyków! Popieram je absolutnie! Niechaj pasają swoje jaki (niechaj im futro rośnie w tempie ludzkich paznokci) w pokoju i powszechnej szczęśliwości. Jestem także, naturalnie, przeciwny łamaniu praw człowieka, które, ciekawostka, odbywa się na terenie całych Chin (i w sumie połowy Azji, z Koreą Północną na czele), a nie tylko w Tybecie, oraz nie dotyczy jaków. Problem leży w naiwności, żeby nie powiedzieć dziecinadzie, Free Tibet.

Jako porównanie nasuwa mi się pstrykający ze łzami w oczętach Bono i cała reszta akcji-koncertu Live 8. Czemu to służyło? Ano organizatorzy byli pewni, że rządzący tym światem ludzie nie zdają sobie sprawy z tego jak bardzo resztę świata oburza problem biedy w Afryce. Takoż wstrząsnęli światem i pochłonęli 3/4 dochodów z koncertu. Wzruszające. Jestem pewien że przywódcy G8 przez tydzień nie mogli zasnąć martwiąc się nowo odkrytym problemem Afryki.

Trudno mi powiedzieć czy ktokolwiek w Afryce poczuł się lepiej po Live 8, ale szczerze wątpię (chętnie zamieszczę sprostowanie na życzenie jakiegoś wzruszonego Afrykańczyka). A jak działa Free Tibet? Przysięgam, przejrzałem całą stronę i znalazłem tylko luźne fragmenty typu:

Przypnij pomarańczową wstążkę. To nawet nie musi być wstążka, ale cokolwiek. Jednak pamiętaj o tym kolorze. Pomarańczowy to kolor osób walczących o prawa człowieka w Chinach, kolor szat buddyjskich i wreszcie kolor solidarności z Tybetem

Oraz manifest. Tak, jest manifest, w skrócie mówiący "Krzyczmy! Piszmy! Naklejajmy nalepki! Bądźmy ziarnkiem piasku które poruszy lawinę!". Czy naprawdę istnieją jakiekolwiek szanse powodzenia?

Otóż obrońcy akcji twierdzą, że to nie ma żadnego znaczenia. Argumentem za tym, że ta akcja wcale nie musi mieć szans powodzenia, jest obrona ludzkiego życia. Stosują oni stary, erystyczny trik, opisany przez Schopenhauera, zakładając, iż ludzkie życie jest argumentem nadrzędnym w każdej dyskusji. To przypomina... Tak, tak! Niesamowitą siłę poglądów religijnych, które wedle przytłaczającej masy społeczeństwa mają coś wyższego nad innymi poglądami - nie można ich kwestionować, obrażać ani rozsądnie argumentować przeciwko ich sensowi. Bo nie. Nie wiem jak was, ale moją znajomą społeczność jaków oburza to niezmiernie.

A ja twierdzę że wszelkie działanie powinno dążyć do osiągalnego celu. Jaki jest cel tej akcji? Nie jest to pomoc Tybetowi w każdym razie. To już ustaliłem. Celem akcji jest zwrócenie uwagi "potężniejszych", którzy mogą pomóc naprawdę. Tylko czy my naprawdę widzimy więcej od tych "potężniejszych"? I czy naprawdę to, że kilkuset blogerów (i tak pewnie znacznie zawyżyłem tę liczbę) zbojkotuje olimpiadę cokolwiek zmieni? Albo internetowa petycja? Ale fajnie jest mieć wspólnego wroga. Fajnie jest być tłumem. Fajnie jest zaspokajać swoje sumienie przy absolutnym braku kosztów. Stanął mi przed oczami znajomy metal który na swojej wypasionej kostce przyczepił (zapewne za pomocą wielokrotnie używanej gumy do żucia) buttona z hasłem "NIE GŁODOWI W AFRYCE!". Dziękuję w imieniu całej Afryki.

A na deser jak poleca hydrauliczny akcent humorystyczny, czyli empiryczny dowód na zabawność akcji.

Komentarze (6) »

Tybet

4.04.2008 @ 20:21
,

Nie ma siły - wobec tak ładnie, wręcz wzorcowo zorganizowanej akcji nie można pozostać milczącym. To właśnie trzeba powiedzieć - jak na akcję internetową, zorganizowaną przez często "niefizyczne" osoby - jak Fanatyk, czy Lanooz (którą zupełnym przypadkiem akurat znam fizycznie :P) - Free Tibet wyróżnia się kuuupą profesjonalizmu.

Free Tibet

Prorocza część mojego ucha wewnętrznego już słyszy pytanie "Więc nie milczysz tylko dlatego, że to profesjonalnie zrobione?". Takim pytaniom trzeba zapobiegać zanim staną się zagrożeniem, dlatego odpowiedź dam już teraz - nie, nie tylko dlatego, ale dlatego właśnie teraz. Problem Tybetu znam już trochę dłużej, głównie ze strony ratujTybet.org i zawsze wzbudzał we mnie nieopisaną wściekłość... (nieopisana wściekłość nie poddaje się - jak sama nazwa wskazuje - konwersji do formatu tekstowego, ale jej uproszczony, fonetyczny zapis wygląda mniej więcej tak: GRRRRRRRRR!)

To co się dzieje w Tybecie to oczywista zbrodnia przeciw ludzkości i w tych kategoriach powinna być rozpatrywana - jeśli nie przez super-ostrożny Międzynarodowy Trybunał Karny, to przynajmniej przez postronnego obserwatora. Ponadto nie ukrywajmy - organizowanie największej, międzynarodowej imprezy sportowej w kraju komunistycznym, okupującym inne kraje to po prostu skandal, skandaliczny niczym Paris Hilton (swoją drogą Euro 2012 w kraju zupełnie do tego nieprzygotowanym...).

Nie będę "przepisywał własnymi słowami" rzeczy już powiedzianych. Jeżeli chcecie poznać problem Tybetu głębiej, na dobry początek polecam krótki acz treściwy artykuł Tybet na ratujTyber.org, a na drugie danie ciekawe wpisy (choć przyznam, że wiele z nich to po prostu powtórki poprzednich, ubrane w nowe, blogosfero-inteligenckie, piękne zdania) na FreeTibet.pl.

Ludzie! Mówcie, działajcie! Zasłużcie na to, żebym zwracał się do was per ludzie!

PS. Niektórzy pewnie już zauważyli, że na tym blogu pojawia się zaskakująco dużo linków do Lanooz. Tak, jestem fanem.

edit: UWAGA! Gwałtowna zmiana zdania!

Skomentuj »

Zgadnij kto to!

25.03.2008 @ 00:00
,

Oto i równo o północy mój powrót! Ja wiem, że po tym cudnym, pomarańczowym jak zachód słońca, ale bezpowrotnie minionym wystroju mojego bloga, trudno rozpoznać tego samego bloggera wśród aktualnej, kojącej zieleni. À propos wystoroju - salut do Lanooz, za te cudowne kończyny, które wymalowała dla mnie po znajomości już w dawnych czasach, kiedy to myślałem "wyłącze bloga na minutkę, a potem wracamy do normy". Warto powiedzieć, że reszta designe'u to moja, moja i tylko moja robota. Oklaski!

Dyskretnie wylawirowywując (przeczytajcie to na głos!) z niebezpiecznych wód przerostu formy nad treścią, pora powiedzieć o treści właśnie. Parafrazując Sapkowskiego, nadchodzą czasy zgrzytania zębami, albowiem mój blog pragnie żyć w szczęściu i pomyślności głosząc teorie nieszczęsne i pomylone, bla, bla, bla... Tak naprawdę nie mam pojęcia o czym ja tu będę pisał, ale mały człowieczek w mojej głowie, siedzący na składanym krześle z napisem Reżyser i popijający Mountain Dew mówi mi, że będzie o czym pisać. Będą tu znajdowały bezpieczną przystań poglądy złe, pokrętne, lewicowe, maniakalne, często z gęstymi elementamii ksenofobii (co, na litość boską, nie jest synonimem elementów nazizmu), a także przesłodko ateistyczne. W dwóch słowach - będzie cudowniście!

Reżyser siorbiący napoje gazowane stwierdził, że film musi kończyć się spokojnym akcentem - rozwiązaniem akcji - więc pora na tkliwą, spokojną scenę przeprosin za tak długą przerwę w działalności bloga. Oto i ona: och, tak mi przykro.

Salut wszystkim i witam z powrotem!

Komentarze (10) »